niedziela, 12 lutego 2012

Velvet snow

Velvet snow za oknem jak najbardziej. Odebrałam samochód z naprawy i pojechałam mu kupić wycieraczki. Nie toleruję tej pogody, ale to chyba błąd. Trzeba było pochodzić na spacery, zamiast leżeć ciągle w łóżku. Może lepiej bym się zregenerowała. Albowiem udało mi się zrobić tydzień urlopu. Takiego urlopu co to się w domu siedzi, ale i tak tańczyłam i śpiewałam, szczęśliwa jak skowronek na myśl, że nie muszę, nie muszę... Zanim mi oczywiście przyszło do głowy, że jak mam wolne, to mogę przecież ponadganiać zaległości. Niespecjalnie się to udało, ale odwieczna wojna postu z karnawałem w mej głowie miała się dobrze.

Szefo przysłał maila, że za miesiąc zaczynamy. Marriotty, samoloty, laptopy i komóry. Jestem podniecona. Wyobrażam sobie jak będzie pięknie. Może powinnam otrzeźwieć, że nie wiadomo. Przepychanki z promotorką pokazują, że podwładność nadal jest moja słabą stroną.

Cały dzień słucham dziś Możdżera. Chyba się starzeję.

środa, 1 lutego 2012

nobody can tell me I'm wrong

Naprawdę, ratowanie samochodu w taki mróz jest ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę. Jak był taki głupi, żeby się zepsuć, to powinien teraz stać i czekać, aż się trawa zazieleni, a ja nabiorę sił i ochoty. Nie mam w głowie przestrzeni na to.

W ogóle jakoś mało mam przestrzeni. Rano się ociągam, potem trzeba iść do pracy. Po pracy nie mam siły na nic. Szczęśliwie zaliczyłam wszystko, semestr zakończyłam. Na wszelki wypadek podczytywałam już materiały w wolnej chwili przestraszona, że jak będę miała się tego wszystkiego nauczyć na raz to znowu mi zabraknie pojemności. I w końcu będzie weekend i nic nie będę musiała. I nawet jakiś tydzień urlopu. Czy to niebo się otwiera dla mnie?

Zaliczyłam, zaliczyłam, zaliczyłam! Trzy plus tez może cieszyć.