Velvet snow za oknem jak najbardziej. Odebrałam samochód z naprawy i pojechałam mu kupić wycieraczki. Nie toleruję tej pogody, ale to chyba błąd. Trzeba było pochodzić na spacery, zamiast leżeć ciągle w łóżku. Może lepiej bym się zregenerowała. Albowiem udało mi się zrobić tydzień urlopu. Takiego urlopu co to się w domu siedzi, ale i tak tańczyłam i śpiewałam, szczęśliwa jak skowronek na myśl, że nie muszę, nie muszę... Zanim mi oczywiście przyszło do głowy, że jak mam wolne, to mogę przecież ponadganiać zaległości. Niespecjalnie się to udało, ale odwieczna wojna postu z karnawałem w mej głowie miała się dobrze.
Szefo przysłał maila, że za miesiąc zaczynamy. Marriotty, samoloty, laptopy i komóry. Jestem podniecona. Wyobrażam sobie jak będzie pięknie. Może powinnam otrzeźwieć, że nie wiadomo. Przepychanki z promotorką pokazują, że podwładność nadal jest moja słabą stroną.
Cały dzień słucham dziś Możdżera. Chyba się starzeję.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz