niedziela, 29 stycznia 2012

I knew you wanted a reaction

Wkurwiają mnie ceny w Warszawie. Reaguję oburzeniem "tyle za kanapkę?". Mam wrażenie, że kasa ucieka z impetem wodospadu. Z ulgą wskakuję w najbliższy pociąg, choć siedem godzin podróży nie kojarzy się przecież z niczym przyjemnym.
Wawa to jednak inne miejsce niż nasza prowincyjka. W biurowcach pachnie kasą, jakoś tak się wydaje, że jest o co walczyć, poważna sprawa. Człowiek się pręży i prze w profesjonalizm i karierę. A u nas ciepłe kapcie.
Dworzec Centralny ładnie wyszorowany.

Pedro łaskawie również wyraził zgodę, żebym wycięła trochę czasu z życiorysu, zasuwając przy Euro.
Ciekawe, że jak przeszłam pierwszy etap, to sobie pomyślałam, że może jestem jedynym kandydatem. Chyba tak było. W każdym razie najpoważniejszym. Zaproszenie na drugi etap zakończyło się słowami: "proszę się nie martwić", co już w ogóle wskazywało na formalność tej wizyty. Dwudziestominutowej wizyty. A dwa dni w podróży.

W każdym razie pięknie.W końcu wracam do życia. Uznaję to za dobry wstęp do dalszego ciągu. Przecież kiedyś było dobrze, więc nie ma powodu, żeby ciągle było źle.

W szkole dobrnęłam do ostatniego zjazdu. Oczywiście na koniec semestru stwierdziłam, że jest w tej grupie kilka fajnych osób, a tu już trzeba się żegnać. Jeden całkiem smakowity okazał się nawet moim sąsiadem, niestety zajętym przez kobietę chyba już od liceum. Jutro ostatnie zaliczenie, nienajprostsze, a ja uprawiam klasyczne samoutrudnianie. Za karę dostanę przyjemność zdawania ustnego. Jedyną w swoim rodzaju na tej uczelni. Wtedy to dopiero trzeba będzie się nauczyć. Inteligencja i kojarzenie, gdzie dzwoni nie wystarczą.
Uczczenie końca końców odbędzie się przy akompaniamencie nowozelandzkiego sauvignon.

Tymczasem samochód mi dziś zamarzł, w trakcie jazdy. Piękny czerwony stoi porzucony na zapleczu jakiegoś sklepu. W takim mrozie to się nie chce go ratować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz