Mój komp wrócił z serwisu i tym razem go uleczyli. W końcu mogę leżeć w łóżku i klikać. Jestem zachwycona. Wszystko śmiga jak trzeba.
Sprawy obracają się na dobre, a ja nadmuchuję każdy przejaw przychylności losu, jak mogę. Egzamin okazał się jednak zaliczony, tylko wpisałam nie ten kod testu. Dzięki zarzyganej bluzce znalazłam zaginione spodnie. Przydałyby się jeszcze dobre wieści z Izby Skarbowej.
Na ostatniej randce pobiłam rekord asertywności, czy jak to nazwać. Randka z tych, na które idzie się chyba z nudów, ale czemu nie, może będzie wesoło albo miło. Okazało się, że nie jestem w stanie znosić jego gadania i nie jestem w stanie wykrzesać z siebie żadnej sensownej rozmowy, i dłużej tego nie wytrzymam, i zaraz mu czymś dopierdolę. Więc powiedziałam, że wolałabym pójść do domu, że nie czuję żadnej pozytywnej energii i się męczę. To on mi czekoladę z termosu na molo, z bitą śmietaną i posypką, on mi świeczkę do ogrzania rąk i do tego jeszcze tulipana na koniec, a ja mu tak przez łeb. Ale nawet podziękował mi za szczerość.
Zdegustowana wróciłam i zniechęcona, z myślą, że to całe poznawanie się w ten sposób i w określonym celu jest męczące, do niczego nie prowadzi, że ja się nie nadaję, już nie chcę, dajmy sobie spokój. No ale na liście był jeszcze jeden, więc jeszcze napiszę, żeby mieć pewność, że nie jest sensowny, żeby z czystym sumieniem się wylogować. I znalazł się jeszcze jeden. I obaj odpisali. I tak się kręci.
Jest magicznie, jest dobrze.