poniedziałek, 28 marca 2011

never before

J. zażyczyła sobie, żeby ten wieczór był taki jak nigdy dotąd. Nigdy dotąd nie zwrócili nam uwagi w lokalu, że używamy niewłaściwego języka.

Nagle jakoś zaczęłam mieć czas i ochotę na różne dodatkowe wykłady. Jutro na przykład "Wielka zmiana linii życia i inne zjawiska okresu dorosłości". To chyba o mnie. 

Biznes nam się rozkręca. Żaden to satysfakcjonujący poziom a i tak cieszy bardzo.

poniedziałek, 21 marca 2011

strong enough to stay away

Ludziom podoba się moja historia miłosna. Mówią, by poczekać, że jeszcze może nie wszystko stracone, że to brzmi jak TO. Intuicja podpowiada, że takie wybuchy zazwyczaj mają jakiś ciąg dalszy. Niestety w bonusie zawsze musi się trafić jeszcze jakiś mały szczegół, którego nie da się tak łatwo obejść. Więc nie wiem.

Oczywiście, że poczekam. Na razie nie mam nic lepszego do roboty. Ciągle wącham pościel przed zaśnięciem, bo ciągle nim pachnie. I jak się zjawi nie za późno, to się ucieszę. Bo nie ma sensu się opierać.

A zostawił coś u mnie.

Jednakże mam już dość tego, że boli, mam dość maniakalnego myślenia o nim. Chcę się odciąć od tego, zająć swoimi rzeczami. I tak najlepsze rzeczy zazwyczaj zdarzają się, gdy się tego nie spodziewamy.

sobota, 19 marca 2011

deserving

Sobotnie przedpołudnie. Poćwiczyłam, pomedytowałam, wysłałam jakieś cv, prowadzę się przykładnie. Mam syndrom niezdanego egzaminu. Z pokorą wzięłam się do odrabiania strat.

W niedzielę po dziewiątej jestem już na rolkach. Wolę tak rano, bo wtedy jeszcze mało ludzi na ścieżkach, choć i tak zaskakująco dużo już się kręci. Słońce, ostre powietrze, do ideału brakuje tylko, żeby wysprzątali ścieżki. Potem jeszcze schodzę na plażę, zalegam na piasku, żeby poczytać. Czyż mieszkanie nad morzem nie jest cudowne?

piątek, 18 marca 2011

whatever floats your boat

No bo tak jest. Ja lubię, żeby było trudno, czuję wtedy większą satysfakcję. Więc może lepiej zostać masochistką pełna gębą i czerpać rozkosz z tej przyjemności bólu. Bo jak na razie słabo mi wychodzi, jak boli to tylko boli. Czyż nie lepiej być zboczonym niż nieszczęśliwym? Szukam sadysty do pary. Podnieca mnie to.

środa, 16 marca 2011

is this love?

No i po wszystkim. Żona została porzucona, ponieważ należało uczynić to już dawno. Mąż postanowił naprawiać siebie w samotności. Ja natomiast stwierdziłam u siebie upodobania masochistyczne, bo jak nie boli, to nie kręci. Usunęłam też konto z Sympatii, no bo przecież nie wpiszę do profilu: najlepiej, żeby wszystko się nie udało.

czwartek, 10 marca 2011

believe in me

Życie jest oczywiście przewrotne. Bo na studiach się nie znaliśmy. To znaczy nie było okazji pogadać, bo kto on jest, to doskonale wiedziałam. A może i każdy wiedział. Ostry wizerunek i ostry język. Podpatrywałam więc tylko z boku, no bo przecież nie podejdę. Co bym miała powiedzieć? Jeszcze by mnie wyśmiał. Choć miałam podejrzenie, że gdybyśmy się znaleźli na jednej imprezie, to pewnie byśmy się dogadali. Ale się nie zdarzyło.

A po latach się zdarzyło. I może nie tak, że przeskoczyła między nami iskra, raczej przepłynęła fala ciepła. Podlizałam się znajomością punkowych klimatów, usłyszałam wiele miłych rzeczy, wyczułam dużo miękkości pod tą skorupą, już nawet nie skrywanej. Całkiem niespodziewanie zostałam obdarzona zaufaniem i zanim zdążyłam się obejrzeć, wyszłam na chodzącą dobroć. W każdym razie tego wieczoru czułam się jego bohaterką i ach, szkoda, że ta żona, bo byłbyś mój, chłopcze. Poczułam energię jak za starych dobrych czasów.

wtorek, 8 marca 2011

I'll kill a dragon for you and I

Moje sukcesy zawodowe objawiają się teraz tak, że dziecko mówi, że jestem najfajniejszą panią i on się ze mną ożeni.

Ja się pewnie nie ożenię, bo najwyraźniej nie lubię, żeby było łatwo. Zamiast czuć miętę do moich randkowych kolegów, poczułam ją do kolegi ze studiów, żonatego. Chociaż, w zasadzie, co mnie obchodzi jego żona

sobota, 5 marca 2011

Eventually We Find Our Way

Mój komp wrócił z serwisu i tym razem go uleczyli. W końcu mogę leżeć w łóżku i klikać. Jestem zachwycona. Wszystko śmiga jak trzeba.

Sprawy obracają się na dobre, a ja nadmuchuję każdy przejaw przychylności losu, jak mogę. Egzamin okazał się jednak zaliczony, tylko wpisałam nie ten kod testu. Dzięki zarzyganej bluzce znalazłam zaginione spodnie. Przydałyby się jeszcze dobre wieści z Izby Skarbowej.

Na ostatniej randce pobiłam rekord asertywności, czy jak to nazwać. Randka z tych, na które idzie się chyba z nudów, ale czemu nie, może będzie wesoło albo miło. Okazało się, że nie jestem w stanie znosić jego gadania i nie jestem w stanie wykrzesać z siebie żadnej sensownej rozmowy, i dłużej tego nie wytrzymam, i zaraz mu czymś dopierdolę. Więc powiedziałam, że wolałabym pójść do domu, że nie czuję żadnej pozytywnej energii i się męczę. To on mi czekoladę z termosu na molo, z bitą śmietaną i posypką, on mi świeczkę do ogrzania rąk i do tego jeszcze tulipana na koniec, a ja mu tak przez łeb. Ale nawet podziękował mi za szczerość.

Zdegustowana wróciłam i zniechęcona, z myślą, że to całe poznawanie się w ten sposób i w określonym celu jest męczące, do niczego nie prowadzi, że ja się nie nadaję, już nie chcę, dajmy sobie spokój. No ale na liście był jeszcze jeden, więc jeszcze napiszę, żeby mieć pewność, że nie jest sensowny, żeby z czystym sumieniem się wylogować. I znalazł się jeszcze jeden. I obaj odpisali. I tak się kręci.  

Jest magicznie, jest dobrze.