Nie jestem gotowa na kolejny tydzień. Ciągle czuję się zmęczona po poprzednim.
W sobotę pojechałam na egzamin z psychologii miłości tylko po to, żeby sobie uświadomić, że trzynasty jest w niedzielę. W niedzielę pojechałam na egzamin tylko po to, by go oblać, o czym dowiedziałam się dziś, czyli w walentynki. I w ogóle napisałam najsłabiej z całego roku. Pomimo, że byłam na wszystkich wykładach i brałam czynny udział. Najwyraźniej nie znam się na miłości. To wszystko oczywiście jest nieprawdopodobne, ponieważ ja kręcę nosem, jak dostanę czwórkę, więc złożyłam już podanie o udostępnienie pracy, żeby mieć pewność, że faktycznie aż tak zjebałam. Łudzę się, że tylko wpisałam złą wersję testu.
Czwartek i piątek dały mi w kość w pracy i wieczorem w domu stać mnie było tylko na to, by zalec przed telewizorem. Wybór padł na nowy film o Doorsach i wsiąkłam. Do tej pory obejrzałam go trzy razy. Plus playlista na youtubie. Poruszyło we mnie wiele strun. Zaczęło się tak magicznie, a potem coraz smutniej. Morrison na scenie niczym młody bóg. Fascynujący. Słodki uśmiech. Błogosławiony czy przeklęty? Pewnie jedno i drugie. I nie wiedziałam, że miał taki chropowaty głos.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz