Jest kilkanaście minut przed 23, zamykam plik z esejem, który muszę jutro oddać. Jest dobrze, udało mi się nie zarwać nocy. Zresztą możliwość zarwania nocy na prace naukowe jest mało prawdopodobna. W nocy moja motywacja gwałtownie spada. Pieprzę to, nic mnie nie obchodzi, mam dość i idę spać. W ogóle moja wytrzymałość jest taka sobie, więc jestem mistrzynią planowania - wszystko z wyprzedzeniem, podzielone na małe kawałeczki, z przerywnikami. Jeśli nie jestem w stanie zmusić się do większego wysiłku, to zrobię to inaczej.
Brzmi to mało porywająco - systematyczność, uporządkowanie i plan. Rzyg. Ale ja to uwielbiam - planować, rozkładać na procesy i etapy, rozpisywać wszystko w kalendarzu. Normalnie nie wiem, czemu nie zostałam wielkim planistą. Pięciolatki strzelałabym z palca.
Myślę jednak, że nie umywam się do mojego dziadka archiwisty. To co on wyprawiał, to dopiero było zboczenie.
Ale choć esej zyskał kształt trochę wcześniej, to nie mogłam się wziąć za wykończenie. To jak zbyt szybkie rozstanie. Zrobię to i już nic nie będę musiała. Przede mną pusty semestr i choć czekam na niego z utęsknieniem, żeby w końcu poleżeć w łóżku cały weekend, to podejrzewam, że po jednym takim znudzi mi się. Zacznie się szukanie zajęcia.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Chciałbym umieć porządnie planować. Zwykle zamiast planować mówię sobie tylko co powinienem lub chciałbym zrobić, ale w końcu robię często coś innego lub inaczej. ;)
OdpowiedzUsuńnajwyraźniej nie chodzi o wykonanie planu ;)
OdpowiedzUsuń