sobota, 31 grudnia 2011

days are forgotten

Nostalgia mnie coś trzyma.

Śniło mi się dziś, że poddałam się operacji plastycznej. Zmieniłam sobie twarz. Cóż to za siły się uaktywniły? Może dobrze, że nie przyśniło mi się to jutro.

środa, 28 grudnia 2011

my head is numb

Zajmowanie się dyplomem idzie mi wyjątkowo źle. Poprzednio też tak było. Mam jakiś problem z kończeniem.

Jestem w trakcie ciekawej rekrutacji. Wolfram i Mike powiedzieli, że ok. Czy Pedro będzie równie przychylny?

Kiedyś przestałam czytać horoskopy. Nie wiem, czy to dlatego, że pracowałam przy serwisie Horoskop, czy też dlatego, że zabrałam się za psychologię. Zorientowałam się dopiero po jakimś czasie, w latach mierzonym chyba. Doniesiono mi, że w Zwierciadle piszą, że przyszły rok będzie dla Byka najlepszym z dekady. Byłoby miło, ponieważ nie wiem, kiedy ostatni raz podsumowałam rok stwierdzeniem, że to był dobry rok. Chyba w okolicach 2005.

piątek, 2 grudnia 2011

man on mars

Piątkowy wieczór, kiedy o dziwo nie jestem aż tak bardzo zmęczona. Pomimo że ostatnio zmęczona jestem permanentnie. Czasem robi mi się słabo. Ale co robić, jak trzeba robić? Obchodzę się z sobą wtedy jak z jajem, ograniczam zbędne ruchy, dostarczam glukozy (niedobrze) i witamin (dobrze), nasłuchuję, czy jest już lepiej.
Co dziś z sobą zrobić? Na nic konstruktywnego nie mam ochoty - piątkowy wieczór należy święcić lenistwem. Tym bardziej, że jutro szkolenie.
Ale przyjdzie taki dzień, że wezmę sobie urlop. I może nawet pojadę do Japonii.

niedziela, 27 listopada 2011

just let go

Tańczenie pod głośnikiem nie jest dobrym pomysłem. Później w uszach szumi.
Jeden koleś podszedł do mnie i mówi, że szuka mojej koleżanki, tej really really blond. Szukaj dalej.

niedziela, 6 listopada 2011

do what you want

Na piątym roku nie chce się coś studiować. Już nawet zaczęłam zawierać ciekawe znajomości w grupie, ale i tak jakoś mało entuzjazmu we mnie. Do szkoły jeszcze chce się jechać, ale wysilać się na zajęciach już mniej.
I nie wiem, czy patologie już mnie jakoś mniej pociągają, czy cokolwiek bym wzięła, to by tak było.
Ogólnie jakoś zmęczona jestem i wyczekuję długiego weekendu. Żeby się wyspać, żeby błogo nic nie musieć.
A jeszcze staram się o praktykę przy szkoleniach i o wolontariat w interwencji kryzysowej. Sama nie wiem, jak chcę to wszystko pociągnąć, ale liczę, że jakoś da się. Jak się robi, co się lubi... więc mam nadzieję, że będę jednak to lubić. W końcu mogę zawsze rzucić pracę. A bo pieniądze takie ważne? Inwestycje są ważne. Żeby w końcu ruszyć z miejsca.
W tym tygodniu znowu warsztat, który pokazuje, że nie ma to jak być w zgodzie ze sobą. Jest radość, jest energia, jest satysfakcja. Patrzę na babkę i tez tak chcę. Tylko, że ja się boję. Ale pcham siebie w tym kierunku, bo wierzę, że tak będzie mi lepiej. Kiedyś w końcu może się zdobędę, żeby rozwinąć skrzydła i poczuć w nich wiatr. Momentami to czuję.

czwartek, 6 października 2011

where is everybody?

I znowu szkoła. Ostatni taki semestr. Tym razem kliniczna, zaburzenia. Pierwszy wykład z panią, u której byłam kiedyś na terapii, dawno temu i krótko. Pewnie mnie nie pamięta, bo nawet ja niewiele pamiętam. Choć w spojrzeniu miała coś jak 'już ją gdzieś widziałam'.
Czułam się jak na pierwszym roku, nikogo nie znam. Z mojego roku nikt się nie zapisał. Dziwnie mi.
A pani minister pozbawiła mnie prawa do stypendium, bo to moje drugie studia. Na chuj te wszystkie szóstki?

środa, 7 września 2011

This thing I've begun

Tak więc zostałam konsultantem terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach. Bo tak to ponoć ma się nazywać ten stopień zaawansowania. Metodę już znam. Choć nie do końca to wszystko czuję i gubię się w praktyce. Teraz zacznę ćwiczyć na biednych znajomych. Niemniej jednak czuję się podbudowana tym szkoleniem, bo wyszło, że często szybko i trafnie wyczuwam, gdzie jest problem. Udało mi się zabłysnąć. Lata terapii zrobiły swoje. 
W ramach nauki mieliśmy skomplementować na piśmie wszystkich uczestników, co dla mnie wcale nie było proste. Krytyka pewnie przyszłaby mi szybciej. Uroczo było jednak otrzymać kopertę z kilkunastoma karteczkami, które może się czasem przydadzą.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

exactly like I used to


Ostatnie morderstwo na Jersey zostało popełnione w 2004 r., gdy 19-latek próbował zgwałcić, a następnie zabił 35-letnią pielęgniarkę przed jej domem. Było to pierwsze zabójstwo na wyspie od lat 70.

W takim raju mieszkałam.
Czasem sobie tęsknię. Żałuję, że dotrzeć tam nie jest tak prosto, żeby można było robić weekendowe wypady. Żeby popatrzeć, pooddychać tamtejszym powietrzem, pogadać ze znajomymi.
Z tęsknotą bywa tak dziwnie. Chciałoby się wrócić na chwilę do starych czasów. Poczuć te fajne rzeczy, które wtedy były fajne. Bo jak się tak przyjeżdża z zewnątrz, to już jest inaczej. Ja nawet nie poszłam na kawę do mojej ulubionej kawiarni. Nie wiem, czemu, ale najwyraźniej byłam już gdzie indziej.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

where nobody knows

Kiedyś to bym się bała, że nic z tego nie wyjdzie.
Teraz sobie myślę, że pewnie nic z tego nie wyjdzie.

niedziela, 31 lipca 2011

I never came

Obrodziło nam w tym miesiącu, rekord pobity. Jak zwykle w tangu - dwa kroki do przodu, krok do tyłu, więc zaraz ktoś odpadł. Dlatego mój optymistyczny nastrój zaraz prysł na rzecz "nie wiadomo jak to będzie w przyszłym miesiącu". Odliczanie zaczyna się od nowa.

niedziela, 24 lipca 2011

province

Nie lubię narzekać, ale muszę to przyznać. Nie jest to najlepsze lato. Tego lata jeszcze nie byłam na plaży. To znaczy byłam w Boże Ciało, ale było zimno. No i w zeszły weekend mogłam pojechać, ale żal mi było czasu na jazdę tramwajem. Siedziałam więc na słońcu w ogródku. Głupia sąsiadka usunęła ławki, bo się już rozpadały, a nikt nie chciał w nie zainwestować. Na szczęście ktoś nabył dwa plastikowe krzesełka, więc korzystam sobie. Sąsiadki twierdzą, że bez ławek to może i lepiej, bo dwie z nich ciągle sobie na złość przestawiały jedną z miejsca na miejsce. Te kobiety są fenomenalne. Zawsze któraś na którąś nadaje. Ja nienawidzę jednej, więc też trochę nadaję. Bo się rządzi. Ostatnio ktoś podciął moją tuję. Ją pierwszą oskarżam.

Koło mnie jest mieszkanie pustostan. Nikt nie wie, o co w tym wszystkim chodzi. Mieszkał sobie stary dziadek i zmarł. Mieszkanie jest komunalne, ale niby szukają spadkobiercy i jakaś sprawa toczy się w sądzie. Normalnie to ludzie muszą udowadniać, że mają prawo przejąć w spadku takie mieszkanie, a tu gmina czeka i szuka nie wiadomo kogo. A ciągnie się to latami, bo jak ja się wprowadziłam, to pana nie było już na tym świecie. Ale coś się zmienia. Mieszkanie ma iść do kogoś, więc wzięli się za opróżnianie go. Ściany były wybite blachą, która miała chronić od promieniowania kosmicznego.

W ogóle latem robi się tak fajniej. Wszystkie okna otwarte na świat. Drzwi przy okazji również. Ludzie przenoszą swoja aktywność na dwór. Ktoś szlifuje łódkę, ktoś naprawia samochód, a ktoś coś tam jeszcze. Leżę sobie na łóżku pośród dochodzących dźwięków i czuję się, że świat wokół żyje. 

środa, 20 lipca 2011

You are a tourist

Po dwudziestu trzech dniach przyszedł w końcu taki, że mogłam nic nie musieć.

Poszłam oglądać teatry uliczne. Chyba z dziesięć lat temu byłam ostatni raz na tym festiwalu. Zaprowadziło mnie to w rejony Dolnego Miasta, w których nie byłam do tej pory. Wyszłam zachwycona klimatem i trochę zaskoczona, że dopiero teraz się dowiedziałam.

W autobusie zobaczyłam Pana Ignora. Chciałam podejść i porozmawiać. Tak normalnie. Zapytać, o co chodzi. Albo ze złośliwością zanotować przerażenie na twarzy. Tymczasem przerażenie ogarnęło raczej mnie. Serce mi waliło i nogi się ugięły. Zdążył wysiąść nim mi przeszło. Taką okazję przepuścić...

niedziela, 10 lipca 2011

roar

Nie ma to jak wejść na chwilę do centrum handlowego i natknąć się tam trzy razy na dyrektorkę HR, co mi wręczała wypowiedzenie. Wraz z koleżanką, też z firmy.

czwartek, 7 lipca 2011

pretending

Nie jest dobrze. Wpłaciłam pieniądze w bankomacie. Stoję i czekam, aż odda mi kartę, a on nic. Zaprasza nowych klientów. No co za! Choć nawet mnie to rozbawiło. W domu, jak mi się przypomniało, zadzwoniłam na infolinię. Wykonaliśmy wszystkie czynności niezbędne do wydania nowej karty. Dzisiaj zabieram się do płacenia w sklepie, a karta w najlepsze siedzi w moim portfelu. Nie jest dobrze.

czwartek, 30 czerwca 2011

change of seats

Nasza pracownica zrezygnowała z pracy. Wobec czego ja również zrezygnowałam ze swojej. Myślę, że taki układ ma więcej sensu.
Żeby nie było, że taka sierota jestem i nie nadaję się do sprzedaży, ostatniego dnia wykręciłam rekord. Wyjście smoka.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

some sort of holiday

Jakoś ciągle nie udaje mi się ściągnąć dekoracji bożonarodzeniowych. Myślę, że teraz już nie ma sensu. Do świąt już bliżej niż dalej.

niedziela, 26 czerwca 2011

are you ready?

A. twierdzi, że powinnam się wziąć za wdowców. Bo to są kolesie, co byli już w związku i nie spieprzyli go.

czwartek, 23 czerwca 2011

above

Pamiętam swoją pierwszą noc świętojańską w tym domu. Wprowadziłam się niewiele wcześniej i byłam dość zagubiona w moim kompletnie-jeszcze-nie-moim mieszkaniu. Ktoś po sąsiedzku robił na zewnątrz głośną imprezę. W którymś momencie muzyka ucichła. Może poszli do lasu szukać kwiatu paproci, bo po jakimś czasie muzyka znowu wróciła. Mimo to udawało mi się jakoś podsypiać. Aż w pewnym momencie impreza się skończyła, cisza mnie obudziła. Otworzyłam oczy, a w głowie brzmiały mi ostatnie linijki piosenki, którą słyszałam przez sen: i powiozą mnie windą do nieba... Nieco przerażające to było.

niedziela, 19 czerwca 2011

this is what it feels like

Hm. To nie jest normalne. Jest niedziela, a mnie w ogóle nie dołuje to, że jutro trzeba iść do pracy. A przecież wcale jej nie lubię i nie idzie mi dobrze. Jedyne co pozytywne to to, że już mnie nie męczy tak.

Z jednej z rekrutacji mi podziękowali. Chyba byłam zbyt szczera. O dziwo nie rzuciłam się dalej rozsyłać aplikacji. Jakoś mi się nie chce. Może robota sama przyjdzie?

środa, 8 czerwca 2011

somebody told me

Po każdej rozmowie rekrutacyjnej przychodzi moment walenia się po głowie. Nie umiem być z siebie zadowolona.

wtorek, 7 czerwca 2011

did his time

Z kochankami jest tak, że chwilę jest fajnie, a później już nie kręci. I po co to wszystko? W dodatku młodzież teraz taka wyuzdana. Zwyczajnie im nie wystarczy. I gadać trzeba. Do białej gorączki doprowadza mnie pytanie: na co masz ochotę. Na trochę czułości. To się musisz zakochać.

niedziela, 5 czerwca 2011

trivia

W końcu urządziłam sobie truskawkowy weekend. Niesamowite, że można zjeść prawie dwa kilo truskawek i nie mieć dość.

Coraz więcej możliwości porządnej pracy widać na horyzoncie. Mam nadzieję, że coś w końcu z tego wyjdzie.

Rany, jak pięknie jest na dworze. Można chodzić wieczorem w krótkim rękawku. Mogę otwierać wszystkie okna, czuć powiew powietrza i słyszeć odgłosy świata.

niedziela, 29 maja 2011

trippin'

Sprzedaż wysysa energię. Pracować jest chujowo. Nagle się okazuje, że ktoś ci zabiera życie. Na nic nie ma czasu. Praca w sprzedaży jest podwójnie chujowa. Nie ma czasu i siły. Energię odzyskuję w niedziele. A później znowu trzeba iść do pracy.

wtorek, 10 maja 2011

this day

No, nie wiem. Znowu mam gumę na tym kole. A samochód znowu stał pod firmą. No, nie wiem, co myśleć. Na wszelki wypadek parkuję go teraz za rogiem.

Natknęłam się na moją ostatnią wielką miłość. Coś tam zawodowo działał na skrzyżowaniu. Aż zrobiłam nawrót, żeby popatrzeć na niego drugi raz. Nie powiem, przytelepało mnie trochę z nerwów, ale też rozbawiła mnie ta sytuacja, o czym nie omieszkałam go powiadomić smsowo. I co? Ignor. Tak się wstydzi, że jednak nie zostawił żony?

poniedziałek, 9 maja 2011

sail

Akcja nabrała przyspieszenia. Tydzień temu nie miałam kochanka ani pracy, a dzisiaj mam. Z kochankami nic nie wiadomo, może go zaraz nie być, ale praca na jakiś czas zostanie. Praca nie jest najlepsza, bo w sprzedaży,  ale od czegoś trzeba zacząć. A po drugie, temat o dziwo zaczął mnie interesować. Gdyby ktoś mi powiedział jeszcze z trzy lata temu, że z własnej nieprzymuszonej woli poszłam na handlowca, to bym nie uwierzyła. Zawsze uważałam, że to wciskanie ludziom czegoś czego nie chcą. I zamiast wcisnąć komuś cokolwiek, najadłabym się wstydu. No ale w międzyczasie założyłam własną firmę i życie pokazało, że nie wystarczy mieć dobry towar. Że ważne jest, by trafić z tym towarem do odpowiedniego klienta i przekonać go do siebie. Że warto jest zaangażować się. No a poza tym, czyż to nie przyjemne, gdy umiemy ludzi skłonić do tego, by robili co chcemy...? Naprawdę podnieca mnie to wszystko.

środa, 4 maja 2011

stay out of my shoes if you know what's good for you

Nie ma miłości, to nie ma o czym pisać, nie?
Jak to bywa w dzisiejszym świecie - czas zapierdala. W tygodniu walczę, jak nie kontrole, to tłumaczenia, czy urlopy pracowników. W tygodniu odpoczywam - dochodzę do siebie lub tylko się lenię. Kolejne tygodnie, miesiące uciekają.
Tymczasem w psychice dzieją się bardzo ciekawe rzeczy. Mam coraz szerszy obraz. Okazuje się, że jak się inaczej spojrzy na sprawy, to można inaczej reagować i nie trzeba ciągle powtarzać tych samych błędów. Okazuje się, że dużo więcej zależy ode mnie niż mi się wydawało. Im dłużej siedzę w swej beznadziejnej sytuacji, tym bardziej chce mi się starać, by z niej wyjść. I tym bardziej ta sytuacja mnie nie przejmuje. Mogę cieszyć się życiem pomimo wszystko. Make the present moment your friend, not the enemy. Z każdym krokiem coraz bardziej rezygnuję z autodestrukcji. I tak jakby otworzyły się jakieś drzwi - pojawiają się sytuacje, które od jakiegoś czasu kusiły, straszyły... a teraz mam okazję.

sobota, 9 kwietnia 2011

that kind of love

Dziś z pewnym zaskoczeniem zaobserwowałam pozostałości po jajkach na moim parapecie. Czyżbym miała jakichś wrogów? Czy należy to łączyć z tym, że w zeszłym tygodniu złapałam gumę, a wulkanizator powiedział, że ktoś przebił mi oponę?

piątek, 8 kwietnia 2011

to be a rock and not to roll

Chyba nadchodzi przesilenie, bo jakoś osłabłam dziś. Rozpoczynam więc rytuał - witaminki, żeńszeń i spanie. Kawy jednak nie oddam. Alk natomiast jak najbardziej, bo nie służy mi ostatnio. Dobrze, że weekend.

Pojechaliśmy pięknym czerwonym na przegląd, bo to już ostatni dzień dzisiaj i tak jak się spodziewałam, pieczątki nie dostałam. Dostałam za to długą listę rzeczy do naprawy. Idea jest taka, żeby to rodziciel zapłacił za naprawę, więc zamierzam zrobić sto dwadzieścia kilometrów na nielegalu, no ale w końcu, jak często zdarza się, żeby mnie gdzieś zatrzymali. Hm, i jak wracałam do domu, to zatrzymała mnie kontrola drogowa.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

so discreet

Tęsknię za nim jak pies. Czy to miłość, czy związek karmiczny, czy toksyczne uzależnienie? On z tą samą siłą odcina się ode mnie. A ja nie potrafię mieć mu tego za złe. Wszystkiemu winien strach. Jakiekolwiek ruchy nie mają sensu. Lepiej się usunąć.

Jednocześnie marzy mi się klin. Jakiś słodki chłopiec, co przytuli i zaspokoi.

poniedziałek, 28 marca 2011

never before

J. zażyczyła sobie, żeby ten wieczór był taki jak nigdy dotąd. Nigdy dotąd nie zwrócili nam uwagi w lokalu, że używamy niewłaściwego języka.

Nagle jakoś zaczęłam mieć czas i ochotę na różne dodatkowe wykłady. Jutro na przykład "Wielka zmiana linii życia i inne zjawiska okresu dorosłości". To chyba o mnie. 

Biznes nam się rozkręca. Żaden to satysfakcjonujący poziom a i tak cieszy bardzo.

poniedziałek, 21 marca 2011

strong enough to stay away

Ludziom podoba się moja historia miłosna. Mówią, by poczekać, że jeszcze może nie wszystko stracone, że to brzmi jak TO. Intuicja podpowiada, że takie wybuchy zazwyczaj mają jakiś ciąg dalszy. Niestety w bonusie zawsze musi się trafić jeszcze jakiś mały szczegół, którego nie da się tak łatwo obejść. Więc nie wiem.

Oczywiście, że poczekam. Na razie nie mam nic lepszego do roboty. Ciągle wącham pościel przed zaśnięciem, bo ciągle nim pachnie. I jak się zjawi nie za późno, to się ucieszę. Bo nie ma sensu się opierać.

A zostawił coś u mnie.

Jednakże mam już dość tego, że boli, mam dość maniakalnego myślenia o nim. Chcę się odciąć od tego, zająć swoimi rzeczami. I tak najlepsze rzeczy zazwyczaj zdarzają się, gdy się tego nie spodziewamy.

sobota, 19 marca 2011

deserving

Sobotnie przedpołudnie. Poćwiczyłam, pomedytowałam, wysłałam jakieś cv, prowadzę się przykładnie. Mam syndrom niezdanego egzaminu. Z pokorą wzięłam się do odrabiania strat.

W niedzielę po dziewiątej jestem już na rolkach. Wolę tak rano, bo wtedy jeszcze mało ludzi na ścieżkach, choć i tak zaskakująco dużo już się kręci. Słońce, ostre powietrze, do ideału brakuje tylko, żeby wysprzątali ścieżki. Potem jeszcze schodzę na plażę, zalegam na piasku, żeby poczytać. Czyż mieszkanie nad morzem nie jest cudowne?

piątek, 18 marca 2011

whatever floats your boat

No bo tak jest. Ja lubię, żeby było trudno, czuję wtedy większą satysfakcję. Więc może lepiej zostać masochistką pełna gębą i czerpać rozkosz z tej przyjemności bólu. Bo jak na razie słabo mi wychodzi, jak boli to tylko boli. Czyż nie lepiej być zboczonym niż nieszczęśliwym? Szukam sadysty do pary. Podnieca mnie to.

środa, 16 marca 2011

is this love?

No i po wszystkim. Żona została porzucona, ponieważ należało uczynić to już dawno. Mąż postanowił naprawiać siebie w samotności. Ja natomiast stwierdziłam u siebie upodobania masochistyczne, bo jak nie boli, to nie kręci. Usunęłam też konto z Sympatii, no bo przecież nie wpiszę do profilu: najlepiej, żeby wszystko się nie udało.

czwartek, 10 marca 2011

believe in me

Życie jest oczywiście przewrotne. Bo na studiach się nie znaliśmy. To znaczy nie było okazji pogadać, bo kto on jest, to doskonale wiedziałam. A może i każdy wiedział. Ostry wizerunek i ostry język. Podpatrywałam więc tylko z boku, no bo przecież nie podejdę. Co bym miała powiedzieć? Jeszcze by mnie wyśmiał. Choć miałam podejrzenie, że gdybyśmy się znaleźli na jednej imprezie, to pewnie byśmy się dogadali. Ale się nie zdarzyło.

A po latach się zdarzyło. I może nie tak, że przeskoczyła między nami iskra, raczej przepłynęła fala ciepła. Podlizałam się znajomością punkowych klimatów, usłyszałam wiele miłych rzeczy, wyczułam dużo miękkości pod tą skorupą, już nawet nie skrywanej. Całkiem niespodziewanie zostałam obdarzona zaufaniem i zanim zdążyłam się obejrzeć, wyszłam na chodzącą dobroć. W każdym razie tego wieczoru czułam się jego bohaterką i ach, szkoda, że ta żona, bo byłbyś mój, chłopcze. Poczułam energię jak za starych dobrych czasów.

wtorek, 8 marca 2011

I'll kill a dragon for you and I

Moje sukcesy zawodowe objawiają się teraz tak, że dziecko mówi, że jestem najfajniejszą panią i on się ze mną ożeni.

Ja się pewnie nie ożenię, bo najwyraźniej nie lubię, żeby było łatwo. Zamiast czuć miętę do moich randkowych kolegów, poczułam ją do kolegi ze studiów, żonatego. Chociaż, w zasadzie, co mnie obchodzi jego żona

sobota, 5 marca 2011

Eventually We Find Our Way

Mój komp wrócił z serwisu i tym razem go uleczyli. W końcu mogę leżeć w łóżku i klikać. Jestem zachwycona. Wszystko śmiga jak trzeba.

Sprawy obracają się na dobre, a ja nadmuchuję każdy przejaw przychylności losu, jak mogę. Egzamin okazał się jednak zaliczony, tylko wpisałam nie ten kod testu. Dzięki zarzyganej bluzce znalazłam zaginione spodnie. Przydałyby się jeszcze dobre wieści z Izby Skarbowej.

Na ostatniej randce pobiłam rekord asertywności, czy jak to nazwać. Randka z tych, na które idzie się chyba z nudów, ale czemu nie, może będzie wesoło albo miło. Okazało się, że nie jestem w stanie znosić jego gadania i nie jestem w stanie wykrzesać z siebie żadnej sensownej rozmowy, i dłużej tego nie wytrzymam, i zaraz mu czymś dopierdolę. Więc powiedziałam, że wolałabym pójść do domu, że nie czuję żadnej pozytywnej energii i się męczę. To on mi czekoladę z termosu na molo, z bitą śmietaną i posypką, on mi świeczkę do ogrzania rąk i do tego jeszcze tulipana na koniec, a ja mu tak przez łeb. Ale nawet podziękował mi za szczerość.

Zdegustowana wróciłam i zniechęcona, z myślą, że to całe poznawanie się w ten sposób i w określonym celu jest męczące, do niczego nie prowadzi, że ja się nie nadaję, już nie chcę, dajmy sobie spokój. No ale na liście był jeszcze jeden, więc jeszcze napiszę, żeby mieć pewność, że nie jest sensowny, żeby z czystym sumieniem się wylogować. I znalazł się jeszcze jeden. I obaj odpisali. I tak się kręci.  

Jest magicznie, jest dobrze.

niedziela, 20 lutego 2011

new politics

Leniwa niedziela, nie robię nic. Już mnie to trochę męczy. Ale to dobrze, to znaczy, że mózg się oczyszcza.

played it to the beat

Gadam sobie na gadu z potencjalnym loverboyem, a w radiu leci najpierw "jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie", a później "los się musi odmienić".

piątek, 18 lutego 2011

dance with somebody

o żesz kurwa jego mać powiedziała bohaterka wchodząc do domu. dobrnęłam do weekendu.

jak mi brakuje karty wifi w laptopie. Zaległabym w łóżku ze sprzętem na kolanach. A nie mogę.

i znowu zapuszczam doorsów. mam jeszcze zeszyt z tekstami ich piosenek, które pracowicie przepisywałam w liceum. i ten jego uśmiech... taki słodki...

czwartek, 17 lutego 2011

you got to fight

Ale przynajmniej dostałam zaproszenie na rozmowę rekrutacyjną. Nie wiem, czy chcę tę pracę. Boję się jej.
Jestem totalnie zmęczona. Przeżywaniem.

poniedziałek, 14 lutego 2011

when you're strange

Nie jestem gotowa na kolejny tydzień. Ciągle czuję się zmęczona po poprzednim.

W sobotę pojechałam na egzamin z psychologii miłości tylko po to, żeby sobie uświadomić, że trzynasty jest w niedzielę. W niedzielę pojechałam na egzamin tylko po to, by go oblać, o czym dowiedziałam się dziś, czyli w walentynki. I w ogóle napisałam najsłabiej z całego roku. Pomimo, że byłam na wszystkich wykładach i brałam czynny udział. Najwyraźniej nie znam się na miłości. To wszystko oczywiście jest nieprawdopodobne, ponieważ ja kręcę nosem, jak dostanę czwórkę, więc złożyłam już podanie o udostępnienie pracy, żeby mieć pewność, że faktycznie aż tak zjebałam. Łudzę się, że tylko wpisałam złą wersję testu.

Czwartek i piątek dały mi w kość w pracy i wieczorem w domu stać mnie było tylko na to, by zalec przed telewizorem. Wybór padł na nowy film o Doorsach i wsiąkłam. Do tej pory obejrzałam go trzy razy. Plus playlista na youtubie. Poruszyło we mnie wiele strun. Zaczęło się tak magicznie, a potem coraz smutniej. Morrison na scenie niczym młody bóg. Fascynujący. Słodki uśmiech. Błogosławiony czy przeklęty? Pewnie jedno i drugie. I nie wiedziałam, że miał taki chropowaty głos.

środa, 2 lutego 2011

the secret life of

Moja rękawiczka żyje własnym życiem. W kilka dni po tym jak ją znalazłam, zgubiłam ją znowu. Tym razem jednak się nie przejęłam zbytnio. Mogę mieć szczęście i tyle. Nawet nie chciało mi się jej szukać, choć podejrzany obszar był dość ograniczony. Jednakże znalazłam ją. Topniejący śnieg odsłonił zgubę. Witamy w domu.

niedziela, 30 stycznia 2011

Freedom! Where you gonna go?

Męczy mnie słuchanie cudzych snów, ale jak wszyscy lubię je opowiadać. Śniła mi się niesamowita lękowa podróż windą na najwyższy budynek. Aż czułam te przeciążenia. Okazało się, że boli mnie brzuch. To pewnie esej ciągle daje znać o sobie.
Wymęczyłam zajęcia do końca i poczułam radość wolności. Wreszcie mogę sięgnąć po jakąś ciekawą książkę. Tęskniłam. 

sobota, 29 stycznia 2011

why can't I be you?

Jest kilkanaście minut przed 23, zamykam plik z esejem, który muszę jutro oddać. Jest dobrze, udało mi się nie zarwać nocy. Zresztą możliwość zarwania nocy na prace naukowe jest mało prawdopodobna. W nocy moja motywacja gwałtownie spada. Pieprzę to, nic mnie nie obchodzi, mam dość i idę spać. W ogóle moja wytrzymałość jest taka sobie, więc jestem mistrzynią planowania - wszystko z wyprzedzeniem, podzielone na małe kawałeczki, z przerywnikami. Jeśli nie jestem w stanie zmusić się do większego wysiłku, to zrobię to inaczej.
Brzmi to mało porywająco - systematyczność, uporządkowanie i plan. Rzyg. Ale ja to uwielbiam - planować, rozkładać na procesy i etapy, rozpisywać wszystko w kalendarzu. Normalnie nie wiem, czemu nie zostałam wielkim planistą. Pięciolatki strzelałabym z palca.
Myślę jednak, że nie umywam się do mojego dziadka archiwisty. To co on wyprawiał, to dopiero było zboczenie.
Ale choć esej zyskał kształt trochę wcześniej, to nie mogłam się wziąć za wykończenie. To jak zbyt szybkie rozstanie. Zrobię to i już nic nie będę musiała. Przede mną pusty semestr i choć czekam na niego z utęsknieniem, żeby w końcu poleżeć w łóżku cały weekend, to podejrzewam, że po jednym takim znudzi mi się. Zacznie się szukanie zajęcia.

niedziela, 23 stycznia 2011

you really got me

Przyznam się do czegoś. Bardzo przeżywam różne rzeczy. Najgorzej jak coś mnie zaskoczy wieczorem, jak mam iść spać. Murowane, że położę głowę na poduszce i będę myśleć, będę trawić, po piętnaście razy obracać każdą myśl. Wycwaniłam się więc. Może mi każdy terapeuta mówić, że uciekam od przeżywania emocji, ale ja swoje wiem - noc jest od spania i te osiem godzin mi się należy. Więc robię sobie drinka i po tym jednym zazwyczaj już wszystko mnie jebie. Pomyślę o tym jutro.

czwartek, 13 stycznia 2011

niedziela, 2 stycznia 2011

high hopes

Z noworocznych postanowień to mam takie, żeby pojechać na koncert Kings of Leon, zapewne w UK, bo jak byli na Openerze to byłam straszną guła (ale zmęczoną).
Bzdura z tym postanowieniem, bo poczyniłam je z tydzień albo dwa temu..
Bo noworoczne to tworzę na koniec wakacji. Rok szkolny jest dla mnie lepszym okresem rozrachunkowym.