Znowu wzięłam sobie kota do domu. Bo myślałam, że będzie fajnie się do czegoś przytulić i ktoś, coś, będzie na mnie czekał w domu.
Jeśli widzisz małą puchatą kulkę i myślisz, że to takie kochane stworzenie, to nie... nie myśl tak. Minie tydzień i ta kulka spieprzająca w strachu za szafę, zamieni się w naspidowanego kocurka, który w dupie ma głaskanie, bo znacznie bardziej woli cię gryźć i drapać. Który jak pilot oblatywacz zalicza każdy mebel po drodze i co chwilę słyszysz jego pazury na swoich sofach, krzesłach, fotelach, materiałach i cierpnie ci skóra na myśl, jakie ślady zostawia za sobą. Który nie da ci spokojnie zjeść, bo zaraz pcha nos do talerza, pomimo że co chwilę doświadcza losu latającego kota wystrzelonego w kosmos. Uparcie wraca z powrotem. Już wiem, że zbliża się ten dzień, kiedy uda mu się wskoczyć na blat w kuchni, co w końcu nauczy mnie natychmiastowego sprzątania i chowania jedzenia do lodówki.
Bruno, nie mogę doczekać się dnia, gdy staniesz się starym wyliniałym kocurem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Po oczach widać, że charakterny ;)
OdpowiedzUsuń